|
Blog Kacpra Tekieli |
|
Elbrus Race |
Z arch.KT fot.KT
Początek maja: po dniu pełnym wspinania w wąwozie Paklenica, usiadłem przy piwie i dobrym mięsie z moimi bliskimi; otworzywszy skrzynkę mailową dowiedziałem się, że znajdą się pieniądze na udział polskiej ekipy w corocznym wyścigu na najwyższy szczyt Europy.
Wszystko dobrze, ale przecież ja nie jestem biegaczem - całą nadzieję na ukończenie ekstremalnego wyścigu dawała mi pozytywna opinia partnerów górskich dotycząca mojej kondycji na podejściach...Gdy zobaczyłem ostateczny spis pozostałych członków reprezentacji Polski(prawie sami biegacze trailowi i skialpiniści) , od razu poczułem, że to zdecydowanie za mało...Ciężko przypuszczać jak potoczyłby się mój wyścig gdyby nie pomoc Zbyszka Borka i we wcześniejszej fazie przygotowań Tomka Dolnego, którym przy tej okazji pragnę bardzo podziękować.
fot.Nikolay Shustrov fot.KT
Tak więc w kilka miesięcy musiałem zamienić się w biegacza górskiego by zmierzyć się nie tylko z Elbrusem i surowym limitem czasu wejścia na niego, ale również z ludźmi, którzy od lat startują w zawodach biegowych... Nieco kosztem wspinania letniego, udało się tego dokonać; na "ostatniej prostej" wyścigu, ostatnimi resztkami tchu krzyknąłem do osób stojących na wierzchołku by powiedzieli mi ile mam jeszcze czasu...nikt nie zrozumiał, że pytałem o czas, który da mi wynik poniżej 5 godzin. Ostatecznie usłyszałem od sędziego: czas - 4 godziny 59minut 45 sekund, 6-te miejsce w zawodach, trzeci czas wśród Polaków...
Konkurencja miała charakter indywidualny, lecz nastroje patriotyczne wzrosły dość szybko po konfrontacji z zawodnikami innych narodowości. Piłkarska przeszłość dała o sobie znać i znowu poczułem się jak lewoskrzydłowy. Chciałem dobrze wypaść, strzelić swojego gola, ale najbardziej zależało mi żeby "zniszczyć" przeciwnika. Wiadomo jak było - wszystko się udało - szkoda tylko Krzyśka, który "zajechał się" dzień przed wyścigiem aby załatwić nam wszystkim bilety powrotne... Krzysiu: trzeba było już zostać na dole i biec z nami w extrem - nie wiadomo jaki byłby wtedy ostateczny wynik...
Dzięki wszystkim; uczestnikom, towarzyszom wyjść aklimatyzacyjnych, kierownikom, organizatorom i sponsorom wyjazdu.
W kilka dni po powrocie do wygrzanego łóżka, poczułem nieodpartą chęć zadośćuczynienia swoim czysto wspinaczkowym żądzom. Nie myślałem nawet o Tatrach, nie chciałem podchodzić pod żadną ścianę. Chciałem czuć skałę pod gołymi łapami. W ulubionym składzie z Małgosią i Arturem - choć delikatnie rzecz ujmując - nie byłem w najlepszej formie - dobrze bawiliśmy się w skałkach podkrakowskich.
Olimpijskie spodnie i malowany wąs - synonim dobrej zabawy w skałach. fot.Małgorzata Lebda
Ostatnie zmiany: 19.01.2011
wróćKomentarze:
| Nie odnaleziono |
Dodaj swój komentarz













